Nie jestem wielkim fanem zbiorów opowiadań. Jednak w przeszłości wrażenie zrobił na mnie H.P. Lovecraft i jego „Zgroza w Dunwich”. Po latach zdecydowałem się sięgnąć po jego kolejne dzieło.
H.P. Lovecraft nie bez powodu jest nazywany przez wielu ojcem lub mistrzem grozy. Tworzył on swoje opowiadania na przełomie XIX. i XX. wieku. Był inspiracją dla wielu kolejnych pisarzy. Z taką rekomendacją sięgałem po „Zgrozę w Dunwich” i teraz po kolejny zbiór – „Przyszła na Sarnath Zagłada”. W pierwszym przypadku byłem wręcz zachwycony dziełami tego pisarza. Natomiast przy drugiej pozycji moje wrażenia były słabsze.
Lovecraft standardowo, w swoim stylu, napisał opowiadania w tym samym stylu. Czyli bohater zdaje nam relację z tego, co go spotkało. Praktycznie nie ma tutaj dialogów, a wszystko jest w formie zbitego tekstu. Zdarza się, że kolejne opowiadania mają jakieś wspólne wątki, choć rzadko są one jakimś kluczowym elementem fabuły. W przypadku „Przyszła na Sarnath Zagłada” mamy zbiór 23 opowieści, które w niewielkim stopniu łączyły się w jakiś sposób ze sobą, choć było parę wyjątków.
Osobiście podobało mi się opowiadania „Reanimator Herbert West”, „Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka” i „Coś na progu”. Każda z tych opowieści miała inny styl, ale przede wszystkim były nieco dłuższe i można było w nie się dobrze wciągnąć. W przypadku pierwszej dostajemy powieść w stylu a la Frankenstein, w drugiej mamy kunszt Lovecrafta i jego podróż przez świat snów i koszmarów, a w przypadku ostatniej ciekawy wątek, w którym już na starcie dowiadujemy się o tym, że bohater zabił swojego przyjaciela i w dalszym ciągu dowiadujemy się dlaczego. Nie chcę bardziej spojerlować, ale to były części książki, które naprawdę wciągały.
Kolejny raz Lovecraft udowodnił, że w opowieściach jest naprawdę mocny i nawet po wielu latach wciąż czyta się go do rzęs. Jednak do tej książki mam spory zarzut. Już wspomniałem na samym początku, że nie jestem wielkim fanem zbiorów opowiadań. Czasem zbyt trudno mi się wchodzi w książkę, w której co chwila wszystko się zmienia. Niestety tak właśnie było na początku „Przyszła na Sarnath Zagłada”.
Przez pierwsze 100 stron mamy opowiadania, które oscylują w długości 10 stron. Wśród nich są nawet takie, które mają… mniej stron niż 10. To mi bardzo utrudniło wejście i dobre wczucie się w tę książkę. Mocno zwolniło to czytanie tej książki i nie mogłem doczekać się dłuższych opowiadań. Te już naprawdę trzymały poziom i one uratowały ogólną ocenę całości. Nie mogę napisać, że te krótkie opowieści były jakimiś nieporozumieniami. Miały one w sobie ten klimat Lovecrafta, ale kończyły się, zanim dobrze się rozkręcały. Albo dość szybko dochodziliśmy do finału zakończonego na jednej stronie.
Na koniec dodam, że oprócz samych opowiadań na końcu książki są jeszcze dodatki. Mamy część z inspiracją Lovecrafta innymi pisarzami i poświęcił im swoją uwagę. Mamy też posłowie od tłumacza, który nieco więcej napisał o samym autorze i jego twórczości. Fajny dodatek urozmaicający całość.
Na pewno ta książka nie zniechęciła mnie do H.P. Lovecrafta, ale śmiało mogę napisać, że „Zgroza w Dunwich” jest o niebo lepsza.
Moja ocena: 7,0/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz