„Wrona z Madenfal” to debiutancka powieść Przemka Osowskiego. Autor zaprasza nas do świata intryg politycznych, magii i różnych magicznych stworzeń. A przede wszystkim pełnego ludzi, którzy mają własne interesy do zrealizowania.
Sam autor zgłosił się do mnie z prośbą przeczytania „Wrony z Madenfal”, którą ponownie odświeżył i przepisał częściowo swoją książkę. Zdążyłem nieco przesłuchać audiobooka z pierwotnej wersji tej powieści. Słusznie zdecydował się na wniesienie poprawek, które na pewno poprawiły płynność całej historii. Jednak nie ustrzegł się błędów.
O czym jest „Wrona z Madenfal”? To powieść zabierająca nas do świata zbliżonego do „Wiedźmina” czy „Gry o tron”. Obsadza nas w Gjaladenie, w którym liczy się siła stali i nie tylko. Głównie śledzimy losy Hjalkana, członka Burzowych Szponów. Jest to człowiek, który potrafi porozumiewać się z ptakami. Należy do elitarnego oddziału, który wykonuje zadania powierzone przez władcę krainy. Jednak jest on nieco krnąbrnym żołnierzem. Wykonuje powierzone rozkazy, ale sam prowadzi własne śledztwo. Chce na własnej skórze przekonać się, czy legendy o wronach z Madenfal to tylko bajki wymyślone przez ludzi, czy faktycznie istniały ptaki, które ratowały miasto.
Hjalkan powierza pewną misję Visanderowi, który niegdyś był szanowanym dowódcą, ale popadł w niełaskę. Zadanie wyznaczone przez członka Burzowego Szponu może poprawić jego sytuację. Z tym że misja okazała się niezwykle niebezpieczna i krwawa. Visander wpada w pułapkę, której ginie. Konsekwencje może odczuć cały Gjaladen. W międzyczasie w karczmie budzi się Migar. Cierpi on na amnezję. Poznaje on pewnego chłopca, którego chce ochronić. Lecz jego los pcha go w nieznane.
To nie są jedyne postacie „Wrony z Madenfal”, bo to powieść wielowątkowa. Głównie toczy się wokół Hjalkana i Visandera, ale jest tutaj więcej osób mających znaczenie dla fabuły. Poza samym obcowaniem w świecie pełnym niebezpiecznych istot i wojowników tutaj kluczowy jest wątek związany z intrygami politycznymi. Pewne zdarzenia prowadzą w kierunku wojny domowej, którą stara się powstrzymać król. Choć to nie jest takie łatwe zadanie, bo wiele innych ważnych postaci Gjaladenu dostrzega możliwości w dojściu do swojej racji w tych niespokojnych czasach.
Pod kątek wątków politycznych, jest to powieść czerpiąca z „Gry o tron”. Super wygląda przedstawienie tego, jak traktowane są kobiety w tym świecie, walka o wpływy czy poczucie zbliżającej się wojny. Z drugiej strony przy tych wątkach dostajemy naprawdę dużo postaci. Początkowo trzymając się przy głównych nurtach powieści z Hjalkanem i Visanderem, co jakiś czas zostajemy przerzuceni w inne miejsce Gjaladenu. Przez to nieco zaczynałem czuć się zagubiony w liczbie pojawiających się nowych postaci. Być może za często skakaliśmy z miejsca na miejsce, kiedy jako czytelnik, jeszcze dobrze nie poznaliśmy samego Gjaladenu.
Nie mogę przyczepić się do głównych postaci, które są ciekawie napisane. Jest ten uparty i nieco tajemniczy Hjalkan, mamy zranionego (nie tylko fizycznie) Visandera, który chce jeszcze udowodnić swoją przydatność, a poza tym jest jeszcze parę ciekawych postaci (jak choćby pewien milczący rycerz). Po tym względem to jest naprawdę fajnie pomyślane i zrobione. Tylko wokół tych postaci zaczynają pojawiać się „mędrcy”.
Miałem odczucie, że nieco nierówno napisane są postacie tej powieści. Ja rozumiem, że to brutalny świat, więc poleje się w nim dużo krwi. Jednak mam wrażenie, że autor pogubił się w jednym dość kluczowym technicznie elemencie. Chciał przedstawić – nawet pokrótce – historię niemal każdej postaci tej książki, ale przez to wyszła mała karykatura. W pewnym momencie miałem już dość, jak w kolejnym rozdziale pojawia się ktoś, kto musi przedstawić na głos swoją historię. Rozumiem ten zabieg wykorzystany kilka razy, ale prawie co dział pojawiał się ktoś, kto musiał powiedzieć (w skrócie pisząc): „usiądźcie, a ja wam powiem historię mojego życia”. Pod tym względem można było sobie darować kilka takich scen, bo kto też w normalnym świecie tak się zachowuje? Nawet w obliczu śmierci…
Jakby było mało takich „mędrców”, to tam prawie każdy rzucał jakimiś przysłowiami. W życiu ich używamy, oczywiście, ale nie praktycznie co dzień i przy każdej sposobności. Te rzeczy nieco uspokajają się pod koniec książki, która też urywa się w sposób zapowiadający kolejny tom. Szkoda mi było też jednego z wątków fabularnych, że jakby do końca nie został rozwiązany, ale nie będę go zdradzać, aby każdy mógł sam przeczytać tę książkę.
Nie wiem, czy ten zabieg z przysłowiami oraz tymi opowieściami był celowy, ale mnie po prostu to nie siadło i przez to słabiej czytało mi się tę powieść. Choć sam pomysł na nią był całkiem sensowny.
Moja ocena: 6,0/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz