„Droga Kości” opowiada o podróży dwóch producentów filmów dokumentalnych przez Trakt Kołymski w północnej Syberii. Podróżują oni samochodem do jednej z osad, aby sprawdzić legendy o duchach. Po drodze trafiają do jeden z miejscowości, którą nagle opuścili mieszkańcy.
„Droga Kości” to jest książka, która jest niby chwalona przez Stephana Kinga. Mistrz grozy miał być zadowolony po przeczytaniu powieści Christophera Goldena. Ja po skończeniu całości już aż tak zachwycony nie byłem, bo autor miał naprawdę ciekawy pomysł, tylko nie do końca potrafił go zrealizować.
Felix Teigland i Jack Prentiss to dwaj filmowcy specjalizujący się w dokumentach. W przeszłości już ze sobą współpracowali i są wręcz przyjaciółmi. Po jakie licho pojechali do dalekiej Syberii? Wszystkiemu winne legendy, które opowiadały o duchach nawiedzających tamtejszych mieszkańców. Obaj bohaterowie potrzebują wreszcie stworzyć prawdziwy dokument ze zjawiskami paranormalnymi.
Wyruszają w podróż po Traktacie Kołymskim, a ich przewodnik po drodze ma ich zabrać do swojej rodzinnej miejscowości. Na miejscu okazuje się, że mieszkańcy… zniknęli. Udaje się odnaleźć tylko małą dziewczynkę, która nie potrafi wyjaśnić, co się stało. Z mroku wyłania się coś, co zmusza bohaterów do ucieczki. Nawet ucieczka samochodem przystosowanym do wysokiego mrozu nie jest bezpieczną opcją, bo zło podąża ich śladem.
Christopher Golden do tego momentu miał naprawdę ciekawy pomysł na książkę. Dodał do tego jeszcze nieco odrobiny krwi i wyszedł niezły zalążek horroru. Mało? To autor sięgnął po coś, czego jeszcze nigdzie nie widziałem w literaturze grozy. A mianowicie zaczerpnął wiedzy z mitologii Jakutów, co naprawdę dodało tego czegoś do tej historii.
Zapowiadało się na dobrą książkę, tylko sama oprawa to za mało.
Przede wszystkim ta powieść staje się historią o facetach w samochodzie. Rozumiem, że mamy poznać trochę bardziej bohaterów. To naturalne. Ale przez te wszystkie straszne wydarzenia coś się dzieje z Felixem i Jackiem. A bardziej z tym pierwszy, który w toku akcji złapał lekką głupawkę. Dlaczego? Bo jedyny nie dostrzega pewnego zagrożenia, które może być bliżej, niż mu się wydaje.
Dodatkowo jak trafiają na pierwszy pit stop w ucieczce, to powinni się domyśleć prędko, że nie da się tak łatwo uciec. Rozwiązanie nasuwa się samo, ale Felix wciąż go nie dostrzega. Z ciekawej powieści robi się strasznie dziwna książka o gościu, któremu wyczyściło mózg. Nieco to też przeniosło się na autora, który dość mocno spłaszczył całą historię. A jakby było mało, to dochodzi jeszcze jeden osobny wątek, który… nie wiadomo po co znalazł się w tej książce.
Czasem się zdarza, że finał może uratować powieść, która zaczyna się ciekawie, a potem nieco się ciągnie i nudzi czytelnika. Niestety, nie tym razem. „Droga Kości” miała potencjał na ciekawą historię, która otoczona była mitologią Jakutów, co jest czymś nowym i bardzo rzadko spotykanym. Niestety w pewnym momencie groza zmienia się w kino akcji. Tylko akcji z takiego srebrnego ekranu z bardzo niskiej półki. Dla bumerów: coś jakby z wypożyczalni kaset dać się namówić właścicielowi na jakiś „hit” z najbardziej zakurzonej półki w sklepie.
Jedyny plus tej książki to wspomniane jakuckie wierzenia, które nawet mnie zainspirowały do poszukania więcej informacji w internecie.
Autor nie dowiózł swojej powieści, a ciężko mi wywnioskować czymś tak się zachwycał Stephen King.
Moja ocena: 6,0/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz