13 lipca 2026

„Dom Maynarda”, czyli o (nie)wyczuwalnej grozie

Austin Fletcher to młody weteran wojenny, który wrócił do kraju po wojnie w Wietnamie. Zginął tam jego przyjaciel, który w spadku zostawił mu dom. Chłopak wyrusza do zimowego stanu Maine, aby w nim zamieszkać. Niemal od początku czuje, że coś jest nie do końca w porządku z tym miejscem.

„Dom Maynarda” to horror, który powoli buduje napięcie. Herman Raucher nie uderza w czytelnika typową grozą, ale bawi się psychiką bohatera, co też ma wpływ na czytającego książkę.

„Dom Maynarda” to książka, o której czytałem już kilka ciekawych opinii. Jedna z nich zawierała opinię, że ta powieść mogłaby być popularniejsza, jakby została wydana w nieco innym momencie. Przykryły ją inne książki, które wydano w podobnym czasie i to one zgarnęły większy rozgłos. Sprawdzając daty premiery innych horrorów, nie natrafiłem na takie, które niby mogłyby się krzyżować z premierą dzieła Rauchera. Ale i tak częściowo zgadzam się z opinią, że nie do końca trafiła ona na dobry czas, aby zyskać większy rozgłos.

Zacznijmy od tego, o czym jest ta powieść? Opowiada nam ona o młodym weteranie wojennym Austinie Fletcherze, który wraca do kraju. Niestety w Wietnamie ginie jego przyjaciel Maynard, który w przypadku własnej śmierci poprosił Austina o zamieszkanie w jego domu. Młody żołnierz postanawia spełnić prośbę zmarłego i wyrusza przed ostrą zimę do wymarzonego miejsca do życia.

Radość i marzenia o nowym starcie nieco chłodnieją po tym, jak Austin dociera na miejsce. Sam dom nie jest w złym stanie, choć jest na odludziu. Da się tam żyć, da się zadbać o prowiant, a jeszcze jeden z  miejscowych oferuje drobną pomoc. To, co osłabia pierwsze wrażenie, jest aurą unoszącą się wokół i w domu. Młody weteran czuje, że coś jest nie tak i chce za wszelką cenę odkryć prawdę o swoim nowym miejscu do życia. A przede wszystkim to, dlaczego Maynard tutaj… nie zwariował.

Herman Raucher nadał swojej książce spokojne tempo. „Dom Maynarda” to jest horror, ale nie jest on ani krwawą powieścią, ani mocnym straszakiem czy opowieścią o duchach. Jest to bardzo przemyślana powieść, która jest przede wszystkim horrorem psychologicznym. Aby on mógł odpowiednio wybrzmieć, to trzeba dać mu trochę czasu. Dlatego ta książka nie każdemu może przypaść do gustu. Ba, ja sam przez pewien czas w trakcie czytania zacząłem mieć wątpliwości w to, że to może być dobra książka. A nią jest, choć daleko jej do bycia wybitną.

Autor przedstawia nam dość wyraźnie głównego bohatera, dodaje do tego opowieść o domu wiedźmy i jeszcze dokleja historię wcześniejszych domowników. Odkrywając powoli kolejne elementy układanki, zaczynamy coraz lepiej rozumieć, co tak naprawdę dzieje się w tej książce. Bo momentami autor zasypuje nas banalnymi wydarzeniami, a za chwile wchodzi z czymś żywszym i wywołującymi nieco więcej emocji. Ale dopiero po 2/3 powieści zaczynamy łapać jej sens.

Kluczem do tego jest psychika Austina, która w tym domu jest cały czas bombardowana różnymi bodźcami. Akurat opisy tego co się dzieją w domu i poza nim są naprawdę genialne. Trzeba wziąć jeszcze pod uwagę to, że chłopak był na wojnie w Wietnamie, a tam widział i przeżył straszne rzeczy. To wszystko ma największe znacznie w zakończeniu powieści i przede wszystkim to one ratuje ocenę tej książki.

„Dom Maynarda” to bardzo nierówna powieść. Przez swoje powolne tempo akcji, a do tego jeszcze momentami dziwne zachowanie głównego bohatera, może odrzucić część czytelników. Pomysł z miejscem akcji i umieszczeniem w niej weterana wojennego zmagającego się ze świeżymi i bolesnymi wspomnieniami z Wietnamu był bardzo dobry. Tylko sam autor robił za dużo rzeczy, aby jak najbardziej odwlec finał tej historii.

Dodatkowo wiele osób może poczuć rozczarowanie, jeżeli pomyślało, że sięga po typowy horror. Otóż nie. Ta powieść jest tak skonstruowana, że elementów grozy jest niestety na lekarstwo. Raucher bardziej stara się stworzyć historię opartą na powolnym zapadaniu w szaleństwo. Stara się stworzyć wszystko w taki sposób, aby nawet czytelnik zaczął się gubić w tym, co jest prawdziwe, a co tylko złudzeniem. Choć do końca nie wychodzi to tak perfekcyjnie.

Czy po takim czymś można dobrze ocenić tę książkę? Nie. Jednak jest jedno „ale” – zakończenie. Kunszt Rauchera pojawia się dopiero, jak zaczyna się finał całej powieści. Dopiero w nim dostajemy kulminację obłędu, grozę (wreszcie!) i bardzo pomysłowe zakończenie książki. Szkoda, że autor tak długo kazał czekać na fajerwerki. Budował tę książkę niczym hollywoodzki film, który miał dać eksplozję na koniec. Tylko na papierze było to naprawdę dość bolesne, aby doczłapać się do najważniejszego momentu całej historii.

Jeżeli miałbym oceniać tę powieść bez finału, to może dałbym maksymalnie ocenę 6/10. Jednak finał „Domu Maynarda” naprawdę mi się spodobał i tak w zasadzie on ratuje końcową ocenę. Zdaje sobie sprawę z tego, że może nieco za bardzo ją podwyższyłem, bo wielu innych może polec w drodze do zakończenia albo być już tak zmęczony czytaniem, że nie dostrzegą nic wyjątkowego w ostatnich rozdziałach. Ja bym jednak chciał wyrazić uznanie pomysłem na zakończenie tej powieści. Myślę, że warto było się pomęczyć, aby dojść do końca i przez to lepiej zrozumieć całość.

Moja ocena: 7,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz