„Wyspa Doktora Moreau” to powieść napisana przez H. G. Wellsa pod koniec XIX wieku, a wciąż bardzo aktualna. Opowiada ona o losach Edwarda Prendicka, jedynego ocalałego z katastrofy statku. Po małych perturbacjach trafia on na tajemniczą wyspę, którą zamieszkuje pewien naukowiec.
Od wielu lat podziwiam książki napisane przez Herberta George'a Wellsa. Był to pisarz, który swoje dzieła tworzył na przełomie XIX i XX wieku. Autor zmarł 80 lat temu, papier z jego książek pożółkł, ale przekaz jego dzieł jest cały czas aktualny. Bo oprócz bycia świetnym pisarzem, to był on także genialnym wizjonerem. A do swoich wizji wykorzystywał biologię, którą studiował w młodości.
„Wyspa Doktora Moreau” to powieść, w której poznajemy losy Edwarda Prendicka. Był on jedynym ocalałym z katastrofy statku „Piękna Pani”. Po wielu latach od tego zdarzenia siostrzeniec głównego bohatera ujawnia, co się działo z Edwardem po katastrofie. Został odnaleziony prawie rok po niej w pewnej szalupie, ale nikt nie chciał uwierzyć to, co mu się stało.
Po pewnych perturbacjach Prendick trafił na tajemniczą wyspę, na której mieszkał doktor Moreau. Po pewnym czasie nasz bohater przypomniał sobie, że już słyszał o tym naukowcu. Musiał on opuścić Londyn, bo jego eksperymenty były „zbyt odważne”. Teraz Moreau wraz ze swoim pomocnikiem Montgomerym zaczął realizować marzenia doktora o stworzeniu hybryd – krzyżówek zwierząt wielu gatunków, które były wzbogacane… ludzkimi cechami.
Szalony eksperyment wydaje się być na skraju niepowodzenia, a jego przerażające „rezultaty” mogą z czasem przeciwstawić się swojemu stwórcy. Tylko czy jest to możliwe? A może jednak badania Moreau mają sens?
„Wyspa Doktora Moreau” nie jest grubą powieścią, ale jest dość złożona. Autor w niej chciał stworzyć swój „komentarz” do teorii ewolucji. Oprócz tego poruszył temat, który w czasach obecnych nawet bardziej uderza – eksperymenty na zwierzętach. Już wtedy pisarz starał się pokazać, że nie tylko człowiek odczuwa ból. Stworzone przez Moreau hybrydy miały nadawane ludzkie cechy, co dodatkowo działa na czytelnika.
Sam Moreau symbolizował nieco postęp, naukę, która dąży do realizacji swoich eksperymentów do końca, do uzyskania zakładanych wyników. Z kolei oczami Prendicka zobaczyliśmy przerażające kreatury, choć w przypadku kilku hybryd sam bohater nie mógł zauważyć, że to nie są ludzie. Nie był w stanie w nich rozpoznać od razu zwierząt, choć przeczuwał, że coś jest z nimi nie tak.
Edward był tą ludzką częścią w tej historii, w której już Moreau i jego pomocnik byli zaślepieni w swoje eksperymenty. Może i Montgomery wykazywał nieco więcej empatii wobec stworzeń mieszkających na wyspie, ale sam doktor uważał się niemal za Stwórcę.
Dzięki tym dwóm obozom możemy dostrzec to, do czego może doprowadzić postęp. Z jednej strony dobrze wiemy, że rozwój technologii, nauki, medycyny, jest wręcz nieunikniony. Ale ta książka jest też przestrogą, że nie zawsze on może poprowadzić tylko w polepszenie naszego życia. Może też nas prowadzić w kierunku nieoczekiwanych problemów.
Znamienity w tej powieści jest ostatni rozdział. To w nim najlepiej możemy odczuć to, jak Edward Prendick czuł się naprawdę na wyspie szalonego naukowca, do czego doprowadziło go obcowanie z hybrydami oraz tego, co po powrocie do cywilizacji dostrzegał w ludziach.
Ta powieść jest jedną z najbardziej znanych książek H. G. Wellsa. Jednak zarówno „Wojna Światów”, jak i „Wehikuł czasu” to były lepsze działa tego znakomitego autora. Głównie z tego powodu, że w tamtych dwóch książkach ich końcówki wydawały mi się być „mocniejsze” i dawały więcej do myślenia. W przypadku „Wyspy Doktora Moreau” zakończenie jest nieco za bardzo rozciągnięte, bo czytelnik otrzymał już wiele odpowiedzi i czekał na wiadomy finał.
Moja ocena: 7,0/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz